Wpisy
Małżonek póki co nie ma zbytniej ochoty się udzielać, bo zorientowani w temacie chyba się ze mną zgodzą, że skutecznie podcięto mu skrzydełka. Żeby jednak nie zawieść oczekiwań wielkiej rzeszy fanów tego bloga - tu chciałabym przeprosić za długą przerwę- kontynuuję to wielkie dzieło.
Nareszcie poukładało mi się wszystko w głowie. Jako obserwator miałam możliwość spotkać się z kolegami Ratownikami Drogowymi na zebraniu, na którym to właśnie ważyły się losy małżonka. Do czasu tego spotkania miałam wrażenie, że mówimy w różnych językach - my swoje, oni swoje. I dopiero tam zrozumiałam, w czym tkwi problem. No i faktycznie mają rację.
Nie wiem, jak inni Ratownicy Drogowi, ale mnie uświadomiono dopiero po prawie 2 latach działalności. Spieszę więć z wyjaśnieniami dla tych, którzy jak ja żyją marzeniami.
Otóż przewodniczący podkomisji stwierdził, iż Ratownictwo Drogowe poszło ostatnimi czasy w złym kierunku. Ratownictwo Drogowe to wolontariat na drodze w razie najechania na wypadek, a nie zabezpieczenia, pokazy, akcje społeczne. My mamy być anonimowi, zatrzymać się - pomóc - odjechać, no bo nie dla sławy, nie dla chwały...
Patrząc na sprawę z tej strony, muszę stwierdzić z całą stanowczością, że daleko , ba nawet za daleko odeszliśmy od założeń. Zrobiliśmy tyle szumu wokół Ratownictwa Drogowego a to nie tak miało być. Wyszliśmy poza standardy, chcieliśmy promować a miało być cicho i anonimowo.
Nieporozumienia się zdarzają - trudno.
Nie wszystkie duety się sprawdzają - to fakt.
Nasuwa się pytanie, jak społeczeństwo ma mieć zaufanie na miejscu wypadku do Ratownika Drogowego, o którym nic nie wie, nie zna takiej formacji i tak naprawdę nie wie, czym on się zajmuje - pomaga ludziom, czy też może coś na kształt pomocy drogowej, usuwa z drogi wraki?
Istnieje też realna obawa o bezpieczeństwo poszkodowanego. Skoro bowiem zabezpieczenia, pokazy i inne tego typu działania nie są wskazane, to jak wiedza ma być utrwalana? Przecież statystyczny Ratownik Drogowy może nie mieć w życiu szansy pomagać na wypadku. Na szczęście weszły w życie nowe wytyczne PZM, wg których Ratownicy Drogowi raz na trzy lata mają być weryfikowani ze swej wiedzy z zakresu udzielania pierwszej pomocy.
Na koniec jeszcze jedna uwaga, no cóż chyba wszyscy wiedzą, że złośliwy ze mnie człek, od której nie mogę się powstrzymać. Wytłumaczono nam na w/w zebraniu na czym ma polegać działalność Ratowników Drogowych a niecałe dwa tygodnie później otrzymuję maila, w którym zachęca się mnie do udziału w zabezpieczeniu dużej imprezy w Poznaniu, ciesząc się z faktu, iż będziemy się mogli pokazać...
Rozumiecie coś z tego?
Jest to mój ostatni wpis na tym blogu jako ratownik drogowy. Wpis pożegnalny można by nawet powiedzieć.
Moja przygoda jako ratownika drogowego powoli chyba dobiega końca...jest takie powiedzenie - nigdy nie mów nigdy - dlatego niczego definitywnie nie przekreślam. Ale na razie roczny odpoczynek. W końcu będę miał czas dla rodziny, o co tak bardzo ostatnio martwili się koordynatorzy.
Poza tym padło za dużo przykrych słów z obu stron żeby teraz mogło być fajnie i normalnie. Myślę że mój odpoczynek dobrze zrobi wszystkim.
Ale do rzeczy, żeby się nie rozpisywać - chciałem naprawdę bardzo serdecznie przeprosić wszystkich których moje wpisy uraziły w jakikolwiek sposób. Nie to było moim zamiarem, jednak wyszło jak wyszło. Nie ma jak tego już teraz odkręcić.
Bloga przekazuję w najbardziej odpowiednie łapki jakie można sobie wyobrazić do jego prowadzenia...ale to będzie mała niespodziewajka...przekonacie się już wkrótce.
Być może do zobaczenia za rok :)
W związku z tym, iż doszły mnie pogłoski jakoby odwołanie naszej (czyli ratowników drogowych) obecności na warsztatach ratowniczych na jakie zostaliśmy zaproszeni przez OSP Mosina to moja wina lub też że nie było chętnych chcących w nich uczestniczyć, informuję iż udziału w tych warsztatach ratownikom drogowym PZM działających przy Automobilklubie Wielkopolski kategorycznie zabroniły władze.
Mnie proszę z tym nie łączyć - ja chciałem dobrze... tym bardziej mając świeżo w głowie pretensje "góry" o niepowiadomieniu wszystkich o ćwiczeniach z dekontaminacji na które zabrała nas (czyli wtedy działającą jeszcze naszą sekcję) PSP, miałem nadzieję, że nazwisko pana Ignacego Baumberga będzie wystarczającą zachętą do uczestnictwa...ale cóż...rozkazy i przykład idzie z góry. Parafrazując, można by rzec "nam się dokształcać nie kazano..."
a o samej sprawie warsztatów ratowniczych i naszej nieobecności TU
Tytuł trochę może górnolotny, ale co tam :). Wyjaśnię tylko, że dla ratowników drogowych igrzyskami są Mistrzostwa Polski - na to wydarzenie podejrzewam czeka większość ratowniczej braci. Nie są one żadnym ewenementem, bo takie zawody mają i profesjolalni medycy i inne nazwijmy to społeczne służby paramedyczne (stowarzyszenia, pcki, harcerze czy właśnie my - ratownicy drogowi). Pozwalają się sprawdzić na tle ratowników z innych ośrodków (że ich coraz mniej to inna historia...)
Mistrzostwa takie to zawsze impreza najwyższej dla nas ratowników rangi.
To zawsze możliwość poznania nowych, interesujących ludzi związanych z tą samą pasją. Możliwość wymiany doświadczeń oraz poćwiczenia w prawie realnych warunkach.
Możliwość bezkarnego spotkania i porozmawiania z ratowniczymi autorytetami.
W tym roku decyzją najwyższych naszych władz (łubu dubu niech nam żyje (...)) Mistrzostwa Polski RD nie odbędą się. Jedną decyzją zza biurka pozbawiono nas tego wszystkiego co dla nas ważne. Bo to chyba najprostsze wyjście.
Nie wiem jakie były powody takiej a nie innej decyzji. Nie wierzę jednak, że musiało to się tak właśnie skończyć. Nie wierzę, że po zeszłym roku i atmosferze w jakiej kończyły się mistrzostwa nie można było usiąść i dojść do kompromisu. Po co były te wszystkie listy z opiniami i propozycjami, skoro pewnie nikt na to nawet nie spojrzał. Po co te wszystkie zapewnienia ?
Nie wiem tylko, czy władni tej decyzji zdają sobie sprawę, że po takich perturbacjach w przyszłym roku będzie równie trudno jak nie trudniej o organizację mistrzostw...no chyba, że zrezygnujmy z nich wogóle...po co to komu ? Same problemy nie ?
Jeszcze jedno...bardzo mi przykro, iż nikt nie ma cywilnej odwagi wprost zamieścić informację na temat mistrzostw oraz powodów ich odwołania na oficjalnej stronie PZM. Wszyscy o tym wiedzą i mówią między sobą, tylko nikt nie chce ogłosić na forum. To niestety świadczy tylko i wyłącznie o tym, w jakim poważaniu władze związku mają "zwykłych" ratowników....
W zeszły weekend w mojej miejscowości lokalna OSP zorganizowała spotkanie z p. Ignacym Baumbergiem, specjalistą medycyny ratunkowej będącym Krajowym koordynatorem ds. ratownictwa medycznego PSP. Czyli było nie było autorytetem w tej danej dziedzinie. Warsztaty były zasadniczo dostępne dla jednostek OSP i PSP, jednak naczelnik naszej mosińskiej straży, jako kolejny gest ku lepszej współpracy, zaprosił również ratowników drogowych.
Ucieszyliśmy się z tego niezmiernie - nasza "góra" delikatnie mówiąc nie rozpieszcza nas tego typu atrakcjami, więc posłuchanie prelekcji a potem możliwość podpatrzenia w praktyce jak wygląda "prawdziwa" akcja ratunkowa (robienie dostępu i ewakuacja poszkodowanych z różnego typu pojazdów) wraz z komentarzem p. Ignacego oraz jak sobie radzić przy wypadku masowym wydawały nam się rzeczami dla ratowników drogowych o tyle bardzo ciekawymi dla osób chcących się dokształcać we własnym zakresie co również (a może przede wszystkim) niezmiernie wartościowymi merytorycznie. Tym bardziej, że część z nas ma KPP, więc takie warsztaty to gruntowanie zdobytej tam wiedzy.
Jako, że w pamięci mam jeszcze wymówki, jakie mi robiono, kiedy tylko ratownicy z Mosiny poszli na ćwiczenia z dekontaminacji, nie zastanawiałem się czy powinienem informować wszystkich o tego typu zaproszeniu. Wprawdzie było dla nas tylko (jak się za moment okaże - aż) 8-10 miejsc, jednak chociaż ktoś mógłby skorzystać.
Jak się okazało - takie rozwiązanie również zostało ... w pewien sposób zignorowane - dostałem oficjalną informację, iż ratownicy drogowi działający przy naszym klubie (Automobilklub Wielkopolski) mają zakaz (zdaje się, że nawet kategoryczny) brania udziału nie tylko w tym wydarzeniu, ale również we wszystkim co organizuje ta konkretna OSP (dodam że jest ona w KSRG). Bez uzasadnienia merytorycznego. Nie bo nie.
A co z tym co do tej pory słyszeliśmy o współpracy ze strażą ? Że dobrze się z nimi poznać, poznać ich techniki działania i procedury, bo jak już się raz na ruski rok zdarzy, że najedziemy na wypadek, to komunikacja i współpraca będzie na innym poziomie. Przecież nie może być tak, że dotyczy to tylko PSP. Ochotnicy nie są w niczym gorsi, a często są pierwsi na miejscu zdarzenia.
Przy takim podejściu - nie będzie za moment żadnej współpracy - a to nam powinno zależeć na niej jak cholera, bo straż bez nas ze spokojem da radę. My bez wsparcia tego typu służb - już niekoniecznie.
Na koniec dodam, że dla mnie wiedza z dziedziny która jest moją pasją jest bezcenna - poszedłem tam prywatnie. Żałuję tylko, że w związku z remontem, nie mogłem być na całości.
Naprawdę chciałbym w końcu wpisać tu coś pozytywnego...ale nie idzie. Po prostu nie idzie. Dziś kolejny kwiatek - czy możecie uwierzyć, że w swoim czasie znalazli się ratownicy drogowi, którzy po najechaniu na wypadek (fakt - ciężki bo konkretne potrącenie motorowerzysty) nie udzielali pierwszej pomocy, a zajęli się regulacją ruchem (zasadniczo organizacją wahadła).
Szczegółow dotyczących miejsca, czasu itp nie piszę celowo - być może uda mi się ustalić, kto to był, a to mogłoby temu przeszkodzić. Wiem, że zainteresowani poznaniem ww osobników są również strażacy biorący udział wówczas w akcji.
Najpierw myślałem, że to zwykłe pomówienie, pomyłka...potem łudziłem się, że to nie było jednak tak jak opisują strażacy (może to wcale nie byli ratownicy drogowi...) - ale tą samą wersję zdarzeń usłyszałem z trzech niezależnych źródeł, więc coś w tym musi być. Wszyscy widzieli ich z lizakami a nie przy poszkodowanym. W jakim by on nie był stanie ICH MIEJSCE BYŁO PRZY NIM. Tym bardziej że ratownicy ze straży wykonali resuscytację, poktórej wróciły czynności życiowe. Pacjent docelowo niestety zmarł w szpitalu. Ale kto wie jakby to się potoczyło, gdyby pomoc przyszła wcześniej...
Najgorsze, że opinia nie dotyczy tych dwóch konkretnych ratowników, ale całego naszego ogółu.
Jest to o tyle przykre, że większość z nas wkłada w "bycie" ratownikiem drogowym całe swoje serce, to nasza pasja...a opinia idzie nie za tym co robimy dobrze ale za tym co zepsujemy.
Wiem i zdaję sobie sprawę, że podniosą się głosy, że to ja psuję...ale to nie ja tam byłem, a całe dotychczasowe moje zaangażowanie i poświęcenie powinno mówić samo za siebie.
Dużo bym dał, żeby było w naszym ruchu ratowniczym jak najlepiej...ale to nie zależy niestety ode mnie...
"ale to już koniec" chciałoby się zanucic....tyle że nie jest nam do śmiechu...nie wiem co przeważa - złośc czy smutek i zniechęcenie ...
Zasadniczo podsumowując NIE CHCE nam się już walczyc z przysłowiowymi wiatrakami...zamiast docenic, że nam się chce, że potrafimy i mamy chęci, że dużo się dzieje - na każdym kroku wbija się nam szpilę i podkłada nogę...czasem kopnie w dupę.
Ale tak chyba jest łatwiej....łatwiej "pomóc" w ten sposób, niż starac się faktycznie pomóc...
Jak tak ma wyglądac wsparcie kolegium, podkomisji i kogo tam jeszcze - to ja serdecznie dziękuję i wysiadam.
Mogę się tylko domyślac dlaczego tak się dzieje...ale czy to ma sens ? z jednej strony słyszymy ciągłe zapewnienia że super działamy, że możemy liczyc na wsparcie a tak naprawdę na każdym kroku pokazuje się nam, że tacy co za dużo robią nie są zbyt mile widziani...bo wtedy widac dysproporcję....u nas praktycznie co weekend coś...tam z rzadka i bez rozgłosu...ja wiem, że nie robimy tego co robimy dla chwały....ale jak już ktoś na górze przespał kilka lat temu moment na promocję ratownictwa drogowego, to chyba teraz trzeba to nadrobic, prawda ???
A już najbardziej mnie śmieszy tłumaczenie na pytanie "dlaczego nas tam (czyli na jakiejś dużej imprezie, gdzie można się pokazac z tej jak najlepszej strony) nie było - za każdym razem słyszymy - "bo nas nie poproszono"... no więc, czekajmy dalej aż nas poproszą...tylko może najpierw niech jeden z drugim się zastanowi nad tym, że za moment ratowników drogowych nie będzie...nie będzie kim zarządzac czy koordynowac ... i nie trafia do mnie tłumaczenie, że kiedyś to było nas tylu i było super...ale przestało byc super i dlatego nie ma ratowników, a oszukiwanie samych siebie, że to taka kolej rzeczy, to kpina....ewidentny przykład - odchodzą, przestają się udzielac ratownicy, którzy do tej pory robili to z czystą chęcią...a najgorsze, że są to ratownicy z długim stażem i doświadczeniem....
Głupi przykład - nasza autorska akcja "Mały Ratownik - Maluch też potrafi pomóc". Temat na czasie. Temat potrzeby. I cholernie medialny. Ale to nie starcza....na propozycję, że może przenieśmy to na szerszy grunt niż nasz lokalny nie zareagowano tak jak byśmy chcieli...skwitowano to tylko dziwnym uśmiechem.
O sponsorze nie wspomnę....sponsor sam do nas przyszedł i wyłożył pieniądze. Wiadomo - umowę trzeba podpisac...jej temat ciągnął się z niewiadomych dla nas powodów ponad rok. Każdy inny sponsor by się dawno wycofał...ale TEN stweirdził, że na tyle fajnie działamy, że ok..poczeka. Dostaliśmy w końcu zaakceptowaną przez wszystkich wszechmocnych klubu umowę do podpisu. Sponsor podpisał. Klub już nie...stwierdzili że potrzeba zmian. Osoby które miały ponad rok w dupie umowę nagle się nią zainteresowały. PO CO SIĘ PYTAM ??? Finał jest taki, że umowa została na tyle pozmieniania, że sponsor się waha. Szczerze mówiąc, nie wiem co zrobi. Wiem, że ja na jego bym jej nie podpisał.
Takich przykładów można mnożyc niestety...na każdym kroku coś...
zniechęcenie nie przyszło nagle...kumulowało się naprawdę długo...
Dni Mosiny już za nami....zdążyliśmy już ochłonąć, odpocząć, przemyśleć kilka rzeczy. Zasadniczo można je oraz naszą obecność na nich uznać za udaną. Nasze zabezpieczenie przedmedyczne dało radę...dodatkowo kilku ratowników świeżo po kursie miało swój chrzest bojowy hehe.
Powiem szczerze, że poproszenie organizatora o zabezpieczenie wszystich koncertów jakie się w tym roku odbywały, potraktowaliśmy jako ukłon w naszą stronę, docenienie tego co robimy na codzień...Dla nas ważnym jest pokazanie się społeczeństwu nie jako banda oszołomów biegająca z apteczkami, ale jako poważne i jak na swoje umiejętności i wiedzę, profesjonalne osoby potrafiące udzielić pierwszej pomocy. Część z nas ma ukończone kursy KPP, część to ratownicy po szkołach medycznych, część to strażacy...reszta, pomimo braku ukierunkowanej wiedzy, uczy się wszystkiego od tych wyedukowanych (i jest oczywiście po naszych wewnetrznych kursach PZM) :).
W tym wszystkim boli tylko jedno - brak zrozumienia do naszej pasji, działania oraz wkładanej pracy niektórych służb (dokładnie - niektórych OSP). Nie wiem o co tak naprawdę chodzi...mogę się tylko domyślać. Ale działając na jednym polu, powinno być inaczej. A już na pewno nie może być tak, że w momencie kiedy my udzielamy pierwszej pomocy, pan strażak z OSP podjeżdża swoim wielkim wozem i na głos nas krytykuje. Nie wiem czy większym problemem nie jest to, że nie miał racji....Na szczęście pewnie nikt z tłumu tego nie pamięta (wiadomo jak jest na imprezach), ale liczy się sam fakt. Jak coś do nas miał - trzeba to było załatwić w cztery oczy. Ale do tego potrzeba cywilnej odwagi.
Na zakończenie dodam, że pogotowie przyjmując od nas poszkodowanego, robiło dalej i tak samo to co my.
Trochę się pochwaliłem, trochę się pożaliłem....trochę mi lżej.
Ale ciągle jest mi z tym niedobrze i ciągle jestem zły. Bo tak nie powinno być.
EDYCJA:
Nie chcę kasowac tego co jest wyżej...niech zostanie ku potomnym :).
Jednak chcę sprostowac - nie taki diabeł straszny jak go malują (OSP...ta konkretna OSP) - okazało się, że trzeba sobie wszystko wyjaśnic, poukładac...jednym słowem porozmawiac.
Mam nadzieję, że teraz współpraca będzie się układała jak najbardziej poprawnie.
W dniu wczorajszym na terenie Mosiny odbyły się Okręgowe Mistrzostwa Ratowników Drogowych PZM...była to również eleiminacja do Mistrzostw Polski Ratowników Drogowych. To da nas imprezy podobnej rangi jak dla medyków ich mistrzostwa....dla nas o tyle istotniejsze, że to możliwość poćwiczenia w "realnych sytuacjach".
Niewiem czemu, ale przynajmniej u nas w Wielkopolsce jakoś te imprezy nie cieszą się wśród "naszych" ratowników popularnością. Może za jakiś czas uda się to zmienić...przynajmniej robimy wszystko, żeby tak było. O tyle dobrze, że już normalne ćwiczenia, doszkolenia cieszą się znacznie większą frekwencją. Może to kwestia tego, że nie każdy chce w jakiś tam sposób rywalizować ?
A o samych mistrzostwach....jednym zdaniem było super. Pozoracje były naprawdę fajnie przygotowane (rewelacją imprezy był kolega grający agresywnego kolesia, nie dopuszczającego ratowników do rannego - pierwsza liga). Jako że nasza impreza była wpleciona w normalny rajd turystyczny, w którym załogi również miały do wykonania zadania z pierwszej pomocy (tyle że dopasowane do poziomu "laików"), znamy również opinie załóg nie ratowniczych - wszystkim bardzo się podobało (nie każdy miał okazję "live" widzieć nóż wbity w klatkę piersiową hehe).
Pozoracje były podzielone na te przeznaczone dla ratowników drogowych oraz dla "laików" i różniły się stopniem trudności. Wszystkie załogi udzielały pomocy w dwóch sytuacjach, które postaram się opisać jak wyglądały z naszego punktu widzenia:
POZORACJA 1
Podjeżdżamy pod lekką górkę drogą w takim stanie, że jedziemy 20 na godzinę...zakręt i naszym oczom ukazują się dwa rozbite pojazdy dość daleko od siebie jak na zwykłą stłuczkę...ktoś jednak odważył się pojechać szybciej niż my.
Parkuję za nimi osłaniając je naszym autkiem i uruchamiamy nasze mózgi w tryb ratowniczy :) - awaryjki, gaśnica, apteczka, zamknąć swoje auto. Moja połowica wtedy gdy ja zabezpieczam miejsce wypadku już je ocenia na miejscu...dwóch poszkodowanych w tym jeden nieprzytomny, drugi z urazem ręki. Gorzej w wypadku brało udział również małe dziecko....dobrze, że płacze wniebogłosy - znaczy oddycha :). Szybkie acz dokładne wezwanie pomocy. Przyjęli, jadą.
Zabezpieczamy pojazdy (kluczyki, ręczny, prąd, inne zagrożenia)...nagle spod maski pojazdu z nieprzytomnym pojawiają się kłęby dymu - szybka decyzja - ewakuacja. Padło na moją żonkę hehe....ona wyciąga nieprzytomnego, ja zajmuję się dzieckiem (doświadczenia z posiadania dzieci - bezcenne przy wypinaniu fotelika).
Każdy zajmuje się "swoimi" rannymi - Karola zaczyna opatrywać nieprzytomnego, ja obserwując dziecko zajmuję się drugim poszkodowanym. Nagle słyszę jak moja żona woła, że nieprzytomny ma kolokwialnie mówiąc wszystko na wierzchu - z wytrzewieniem spotkaliśmy się pierwszy raz...
Pomimo, że wiedzieliśmy gdzieś tam w podświadomości, że rany są sztuczne - widok i wrażenia niezapomniane. Do tego moje złamanie to pikuś. Pan pikuś.
Opatrujemy. Folia. Koniec. Liczą nam punkty, tłumaczą co źle a co dobrze. Taka nauka jest bezcenna.
Zbieramy nasze fanty, wrzucamy wszystko do wozu - następna załoga już czeka. Kierunek Pozoracja nr 2.
POZORACJA 2
Jedziemy spokojnie i już troszkę rozluźnieni...stres jak to będzie troszkę opadł, a że nie było najgorzej, jesteśmy pozytywnie podbudowani. Nagle prawie na masce ląduje mi zakrwawione dziewcze, zszokowane i nieskładnie informujące że biją jej chłopaka. Szybki rzut okiem po okolicy - faktycznie - na parkingu stoi dwóch ziomali i jeden drugiego naparza jakimś drągiem. Karola wysiada i po obejrzeniu poszkodowanej (na szczęśćie tylko rozbity nos) asekuruje dziewczę.
A ja chyba naoglądałem się za dużo filmów hehe...miałem nadzieję, że tak jak na nich - podjadę z piskiem i warkotem to agresor ucieknie. Był twardy - nie uciekł. Wysiadam już mniej pewnie. Karola w tym czasie zabezpiecza miejsce bójki, żeby nikt w nas nie wjechał rozkładając trójkąt, ja włączam awaryjki. Dylemat - uczyli żeby zamykać wóz...ale jak na mnie ruszy to łatwiej wejść jak drzwi są odkluczone.
Idę. Facet nie jest miły a dodatkowo ma pałkę. Pobity leży i charczy. Trzeba działać. Szybkie wezwanie na pomoc policji i pogotowia i nie prowokowanie napastnika...po niespełna minucie jest patrol - szybcy są :) Na pogotowie będziemy czekać trochę dłużej.
Teraz nasza kolej - dziewczę siedzi i coraz mniej krwawi, ale mamy ją na oku. Przykrywamy ją NRC. Pobity na szczęście przytomny tyle, że bardzo splątany. Bełkocze coś o gazie, domu, Joasi. Joasia - to Ty ? pytamy nasze dziewcze. Okazuje się że tak. Wszystko okazuje się w porządalu - Joasia jest tu, gaz zakręcony jak się okazało.
Robimy strzałeczkę i delikatnie przewracamy pobitego na plecy...staramy się, żeby było jak najbezpieczniej dla niego. Teraz widzimy skąd krew na ziemi - delikwent dostał nożem prosto w klatkę piersiową. Na szczęście wiemy jak sobie z tym poradzić.
Opatrujemy...okrywamy folią...kończymy. Słuchamy z uwagą sędziów. Emocje opadają, oceniamy co można było na obu pozoracjach zrobić inaczej, lepiej, co było źle.
Jedziemy na metę - tam czeka papu :) Czekamy na dodatkowe atrakcje - m.in pokaz psów ratowniczych. No i na wyniki.
Na koniec zostawiłem to, co dla mnie i mojej połowicy (z którą tworzymy team) najważniejsze - zajęliśmy pierwsze miejsce w klasyfikacji ratowników !!! I mamy z tego wielką radochę.
Zdobycie Mistrzostwa Okręgu Poznańskiego w Ratownictwie Drogowym to brzmi dumnie :)
Opis pozoracji jest kompletnie subiektywny. Trudno było też opisać każdą czynność czy ruch jaki robiliśmy, więc proszę raczej nie komentować co można lubco trzeba było zrobić, co było dobrze a co źle - sędziowie nas ocenili i to nam starczy.
Do tego wpisu skłoniło mnie to wydarzenie http://www.epoznan.pl/news-news-25296-Rowerzystka_potracona_na_Bulgarskiej
Wiem, że takich zdarzeń jest codziennie codziennie kilka (niestety). Ale jakoś tak teraz zebrało mi się na żale. I żeby nie było - sam co jakiś czas wsiadam na rower, więc to nie tak, że chcę komuś dokopać albo że nie lubię rowerzystów (choć czasem są wkurzający).
Zastanawia mnie tylko, dlaczego właśnie rowerzyści w większości z uporem maniaka, sami proszą się o nieszczęście, że tak kolokwialnie wspomnę. Bo jak inaczej nazwać krążenie między pojazdami z każdej możliwej strony (ja wiem, że mamy w autkach lusterka, ale oczu naokoło głowy - już nie), wjeżdżanie na przejście dla pieszych przed pojazdem (nawet tona blachy nie zatrzyma się w miejscu a część pojazdów jest cięższa) czy też uprawiając slalom pomiędzy pieszymi lub autami nawet wtedy gdy obok jest droga rowerowa.
W żaden sposób nie usprawiedliwiam kierowców - ten z linka wyżej wg relacji świadków nie wyhamował...jednak pewnie gdyby rowerzystka zeszła z roweru i normalnie przeszła przez przejście nie doszło by do tragedii - kierowca miałby więcej czasu na reakcję.
Więc może wszyscy bardziej uważajmy i częściej stosujmy zasadę ograniczonego zaufania ... może tak będzie bezpieczniej dla wszystkich ...